Michalina Kłosińska-Moeda – Miłosne kolizje

Każdego z nas dotykają takie dni, kiedy jedyne czego pragniemy to wygodnego fotela, gorącej herbaty i lekkiej, a jednocześnie ciekawej pozycji. Potrzeba relaksu, wyciszenia i odprężenia nikomu nie jest obca. Nie chcemy jednak nawet tego czasu marnować na słabą, nic nie wnoszącą do naszego życia pozycję. Jeżeli jesteście właśnie w takiej sytuacji, a nie wiecie po jaką wartą uwagi książkę sięgnąć, przychodzę wam na ratunek i gorąco polecam dzieło Michaliny Kłosińskiej-Moedy pod tytułem „Miłosne kolizje”.

Już w pierwsze chwili gdy zobaczyłam okładkę wyżej wspomnianej książki oraz przeczytałam jej opis, wiedziałam, że będę musiała na pewno w najbliższym czasie po nią sięgnąć. Na odpowiedni moment „Miłosne kolizje” czekać długo nie musiały. Zmęczona po pracy, zestresowana ciągłymi i radykalnymi zmianami w życiu nie widziałam innej możliwości jak tylko zatonąć w ciepłym łóżeczku z dziełem Michaliny Kłosińskiej-Moedy.

Malwina, główna bohaterka „Miłosnych kolizji” od pierwszej chwili była mi na swój sposób bliska. Może ja nie mam obaw czy mój wybranek jest tym jedynym, oraz nie poznałam bogatego Hiszpana, lecz tak jak ona mieszkam w Warszawie (od początku zazdrościłam jej, że jest rodowitą warszawianką!), w moim życiu aktualnie panuje jeden wielki chaos wieszczący zmiany m.in związane z planowaniem ślubu, co Malwinie również nie jest obce. No jeszcze jedno mnie od warszawianki z „Miłosnych kolizji” różni.. nie mam cioci Wiesi, która by po cichaczu pomagała mojemu szczęściu… ;)

Książka Michaliny Kłosińskiej-Moedy jest idealna na wieczory, na chwile kiedy marzymy tylko o odrobinie spokoju i odpoczynku. Pomijając banalną tematyką jakim jest romans typu: jest ona, jest on i nagle pojawia się ten trzeci, dzieło „Miłosne kolizje” ma w sobie coś, co sprawia, że warto sięgnąć po tę pozycję. Może to zasługa wcześniej już wspomnianej zwariowanej cioci Wiesi? ;)

Mimo lekkiego języka i fabuły autorka skłania nas do pewnych przemyśleń na temat codzienności, naszych ludzkich problemów oraz zachowań. Nie, nie bójcie się jaki pseudo-filozoficznych wywodów. Autorka historię Malwiny przedstawia w sposób niesamowicie przyjemny i nie frasobliwy. W końcu mamy przy tej pozycji się odprężyć, prawda?

Pomijając kwestię finansową (każdy chciałby tyle zarabiać co główni bohaterowie… ) książkę „Miłosne kolizje” odbieram jako opowieść o naszej szarej, pogmatwanej rzeczywistości i odnajdywaniu w niej tego co naprawdę piękne i odkrywaniu w niej innych kolorów niż szarość ;) A także o dążeniu ku szczęściu, miłości, jak również spełnieniu marzeń. Jednym zdaniem „Miłosne kolizje” to taka bajkowa, a jednocześnie prawdziwa historia. ;) Gorąco polecam!

3 komentarze

  1. Mama dosłownie przedwczoraj ją skończyła czytać :) Może i ja po nią sięgnę, kto wie ;) A nowy wygląd ładny, tylko tekst na białym fragmencie po lewej trochę słabo widoczny – inną czcionkę bym dała. To Ty na zdjęciu, prawda? Dobrze poznaję? :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *